środa, 31 lipiec 2019 19:33

Patryk Płokita - Holocaust Indian w USA a współczesny problem imigracyjny w Europie

Gdy odbiorca widzi lub słyszy słowo ”Holocaust", "ludobójstwo", "masowy mord", "degradacja etnosu", najczęściej przychodzi mu na myśl Adolf Hitler i ostateczne "rozwiązanie kwestii żydowskiej"...

Norymberga i okres tuż po drugiej wojny światowej - to właśnie tam świta hitlerowców broniła się na procesie za swoje zbrodnie. Linia obrony była wzorowana na tym, że „przecież wczesniej też dochodziło do niszczenia etnosów i nikt za to nikogo nie rozliczył". Dla przykładu zarzucano Amerykanom, że "przecież robiliście tak samo z Indianami, tylko my przyspieszyliśmy ten proces u siebie".

Mord pozostaje mordem. Zbrodnia pozostaje zbrodnią. Bez względy czy to robili koloniści w Ameryce, Brytyjczycy wobec Burów tworzący obozy koncentracyjne, hitlerowcy z polityką krematoryjną ciał, czy obecne izraelskie wojsko wobec Palestyńczyków. Jedne zbrodnie przebijają się w opinii publicznej, drugie są tuszowane. Po prostu odchodzą w odmęty zapomnienia, ludzkiej krótkotrwałej pamięci.

Kto dziś pamięta o holocauście Indian w USA? Autor tego tekstu chce odświeżyć pamięć o tym. O zapomnianej historii niszczenia kultury oraz degradacji rdzennych ludów z rąk Stanów Zjednoczonych Ameryki (ang. "United States of America", w skrócie państwo znane dzisiaj jako "USA").

Niedawno była rocznica niepodległości USA: 4 lipca. Zapewne niejeden z czytelników słyszał o słynnych "rezerwatach" dla Indian. To był główny element polityki eksterminacyjnej tej grupy etnicznej na przestrzeni około 300 lat istnienia państwa USA.

Odnieść można wrażenie, że w Europie nikt nie jest świadomy tego, że w erze przedstawiania USA, jako „sojusznika bez skazy", państwo to w rzeczywistości ma na swoim koncie historycznym „krew na rękach" i formy niszczenia rdzennego etnosu. Tak jak wcześniej wymienieni Brytyjczycy wobec Burów, hitlerowcy wobec Żydów i Słowian, czy izraelskie wojsko strzelające do wysiedlonych Palestyńczyków. Metody się zmieniają, ale cel pozostaje jeden: eksterminacja „niepotrzebnych" i „przeszkadzających".

Początkowo w Ameryce Północnej pojawili się Hiszpanie (XVI-XVIII w). Opanowali oni tereny od Florydy do zachodniej części Nowego Meksyku. Indianie z tych terenów podczas walk trafiali do niewoli. Po Hiszpanach pojawiali się i inni koloniści, którzy walczyli z etnosem indiańskim. Mowa tu o Holendrach, Brytyjczykach, Francuzach, a potem w następstwie ich działanie kontynuowały nowo powstałe państwa: Kanada oraz USA.

O co walczyli Indianie? O swoje prawo do bytu, prawo do posiadania zagarniętej ziemi przez napływających imigrantów, prowadzono walkę o zachowanie swoich zwyczajów, tradycji, odprawiania szamanistycznych rytuałów itd. Walka z imigrantami była ciężka. Dochodziło do takich sytuacji, że brano do niewoli całe plemiona, aby pozbyć się problemu.

Indianie biernie nie przyglądali się swojemu "holocaustowi". Pierwsze powstanie indiańskie odnotowane dosyć mocno przez historię, miało miejsce już w 1622 roku, w miasteczku Jamestown. Dzięki tej walce podpisano pierwszy traktat pokojowy pomiędzy europejskimi kolonizatorami a rdzennymi ludami zamieszkujący kontynent północnoamerykański.

Polityka eksterminacyjna rdzennego etnosu nabrała na sile po wojnie o niepodległość USA. "Rozwiązanie kwestii indiańskiej" (dziwne skojarzenie z "ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej", czyżby przypadek i hitlerowcy naprawdę nie wzorowali się na USA w swojej polityce?), przerodziło się w tzw. tworzenie rezerwatów dla Indian. Aby bardziej zobrazować czytelnikowi, na czym to polegało, to można przyrównać opisywaną politykę USA do polityki III Rzeszy podczas drugiej wojny światowej, kiedy to tworzono getta dla Żydów.

Odseparowani Indianie nie stwarzali zagrożenia. Imigrancki alkohol, narkotyki i broń palna wyniszczyły autochtoniczne ludy kontynentu amerykańskiego. Nie można też zapominać o chorobach jakie przenieśli europejscy kolonizatorzy. Dla przykładu zwykły katar i przeziębienie stawało się zabójcze dla Indian.

Obecni Indianie zdobyli prawa obywatelskie w USA. Miało to miejsce w 1968 roku podczas wielkiego "bum" na zieloną rewolucje, rewolucję seksualną, rewolucję "anty-rasistowską" czy ruch hipisowski. Nie zmienia to jednak faktu, że etnos indiański został tak wyniszczony, że rdzenne ludy w USA stanowią około 4.2 miliona osób na całą populację wspomnianego państwa. Oprócz tego polityka rezerwatów wyniszczyła tradycje, kulturę, obrzędy, wierzenia, języki, dialekty, sposób ubierania. Czyli wszystko to, co dany etnos ma do zaoferowania i dalszego rozwoju w swoim istnieniu. Jedynym ratunkiem pozostaje współczesna polityka tzw. "panindianizmu", który przerodził się w formę ratunku resztek zniszczonego etnosu. W drugiej połowie XX w., od lat '60 powstawały i powstają w USA np. czasopisma w dialektach indiańskich, zespoły muzyczne, wydawnictwa, przedsiębiorstwa itd. W ruchu tym stara się nie tworzyć związków mieszanych, tylko "czysto indiańskie". (Ciekawe, że nikt tego nie określa mianem rasizmu. Gdyby to był biały, już byłby to problem?). Wydaje się to jednak mało miarodajne do skali problemu.

W podsumowaniu autor chce, aby czytelnik skupił swoją percepcję na pewną zbieżność dziejową. Europa obecnie zalewana jest przez obcy etnos i nikt nic z tym nie robi. W najgorszym wypadku, Europejczyk - biały człowiek, zostanie zepchnięty do roli tubylczej niewolniczej egzystencji w rezerwatach ludności autochtonicznej. Powoli już to się dzieje, biorąc pod uwagę że funkcjonują dzielnice "no go", we Francji, w Niemczech, we Wielkiej Brytanii, gdzie autochton nie ma prawa wstępu, bo straci życie. Najgorsze jest to, że narody w Europie są stłamszone demoliberalnym totalitaryzmem poprawności politycznej. Strach zabija ducha walki, ale też może pobudzić do działania.

Jeśli przy sterach nadal będzie pokolenie nowej lewicy wyrosłej na hippisowskich wartościach, biały człowiek przestanie istnieć w Europie. Nie ma to żadnych konotacji rasistowskich, że jedna rasa jest lepsza od drugiej. Autor wychodzi z założenia, że na tej planecie dla każdego znajdzie się miejsce. Oprócz tego nie czuje się winny jako Polak i przedstawiciel białej rasy, za to co się stało Indianom w Ameryce. Raczej podejście ma takie jak kiedyś Tadeusz Kościuszko wobec autochtonów z Ameryki.

Dla przykładu, Tadeusz Kościuszko spotkał się kiedyś z jednym z wodzów Indiańskich. Miał na imię Mały Żółw. Wymienili się prezentami. Generał Kościuszko dostał fajkę i tytoń. Wódz indiański dostał dwa pistolety. Tadeusz poradził Małemu Żółwiowi aby ich "użył przeciwko każdemu, kto będzie próbował podporządkować sobie jego lud i zabrać wasze ziemię".

 

Patryk Płokita