niedziela, 30 czerwiec 2019 15:18

Jacek Bartyzel - Komentarz do dyskusji nad postacią Leona Degrella

Poniższy tekst jest odpowiedzią profesora Bartyzela na moją prośbę, aby jako niewątpliwy specjalista w kwestiach historycznych i ideologicznych odniósł się do ostatniej medialnej burzy w sprawie postaci Leona Degrella. Wywołała ona także skrajnie różne reakcje w naszym środowisku, stąd uznałem, że opinia tak uznanego autorytetu niejako wyjaśni tą sytuację.

Nie będę tego w żaden sposób ukrywał – znając wypowiedzi Autora o żołnierzach dywizji „Charlemagne” oczekiwałem komentarza w innym tonie. Jednak elementarna uczciwość oraz szacunek do osoby profesora Bartyzela oraz czasu, który nam poświęcił nakazują opublikować niniejszy tekst, bez względu na jego wysoce krytyczną opinię o Degrellu.

Postać Leona Degrella parokrotnie pojawiła się na naszych łamach, sam kiedyś nawiązałem do jego życia i czynu, stąd w całościowej ocenie Degrella niektóre aspekty i akcenty najpewniej inaczej bym rozłożył. Nie ukrywałem nigdy, że dla nas, polskich nacjonalistów, jest Degrelle niezwykle trudny do oceny. Dyskusja jaka dopiero co przetoczyła się przez środowisko narodowe najlepiej tego dowodzi. Być może tekst profesora Bartyzela będzie dla całości naszej formacji swoistym zimnym prysznicem i pozwoli ustalić pewne  ramy do dyskusji tego rodzaju nad postawi i postaciami z historii europejskiego nacjonalizmu.

 

Grzegorz Ćwik, redaktor naczelny Miesięcznika Narodowo-Radykalnego „Szturm”

- - - - - - -

Leon Degrelle jest z pewnością jedną z najbardziej znaczących postaci w historii XX-wiecznego narodowego radykalizmu (resp. rewolucjonizmu), zarazem jednak szczególnie kontrowersyjną. Gdyby oceniać jego działalność sprzed II wojny światowej, a nawet w jej pierwszej fazie (do 1941 roku), to bilans były dla niego bardzo korzystny: stworzenie ruchu par excellence katolickiego (Christus Rex), żarliwa obrona męczeńskiego katolicyzmu meksykańskiego, walka z oligarchią plutokratyczną i partiokratyczną oraz masonerią, sympatie monarchistyczne (wpływ doktryny Action Francaise) - wszystko to zasługuje na szacunek każdego człowieka Prawicy. Dochodzą do tego pierwiastki wysokiego idealizmu, religijnej żarliwości i bohaterstwa osobistego, a także niewątpliwy talent literacki, dzięki któremu potrafił potrącić szlachetne porywy i strony dusz swoich czytelników. Zgoła inaczej jednak sprawy się mają, jeśli chodzi o jego działalność od czasu zaangażowania po stronie III Rzeszy. Jeżeli nawet samo podjęcie kolaboracji da się do pewnego stopnia usprawiedliwić obawą przed separatyzmem flamandzkim, który pierwszy zgłosił akces do "Wielkiej Germanii", i jeżeli również sam fakt partycypacji w niemieckich formacjach wojskowych (w takiej formie, jaka była jedynie możliwa, to jest w strukturach militarnych Waffen SS) był dopuszczalny moralnie i politycznie ze względu na pragnienie walki z bolszewizmem zagrażającym całej Europie, to mimo wszystko Degrelle przekroczył daleko i niedopuszczalnie cienką czerwoną linię, która oddziela sytuacyjny sojusz z Niemcami na bazie antybolszewizmu od ideologicznej solidarności ze zbrodniczym reżimem narodowosocjalistycznym. Degrelle nie tylko walczył u boku i pod komendą niemiecko-nazistowską, ale stał się autentycznym i przekonanym hitlerowcem. Nie jest to żadna obelga, tylko jego własna, wielokrotnie wyrażana autoidentyfikacja. Jest rzeczą wręcz niepojętą, że katolik, taki jak Degrelle, był w stanie postrzegać Hitlera jako par excellence "współczesnego krzyżowca" i wręcz wielbić go jako rzekomego obrońcę chrześcijańskiej Europy. Nie potrafię sobie wytłumaczyć tego inaczej niż jako duchowego samozatrucia i to właśnie ono odróżnia Degrelle'a od wielu innych Europejczyków różnych nacji, którzy też walczyli po stronie niemieckiej z Armią Czerwoną, aby powstrzymać inwazję komunizmu, ale nie mieli złudzeń co do hitleryzmu i nie czcili fałszywego, narodowosocjalistycznego "mesjasza". Wystarczy porównać jego poglądy i postawę chociażby z hiszpańskimi ochotnikami na froncie wschodnim z Błękitnej Dywizji. Co więcej i co gorsza, Degrelle podczas swojego długiego życia po wojnie nie dokonał żadnej krytycznej autorefleksji i do końca uprawiał apologię Hitlera, dając dowód tego, że czuje się jego "duchowym synem". Last but not least, z polskiego punktu widzenia upamiętnianie tej postaci jest nie do przyjęcia. Chociaż nie ma żadnych dowodów na to, żeby Degrelle osobiście lub na czele dowodzonych przez siebie oddziałów dokonywał jakichś czynów wymierzonych w ludność polską, to jednak nie ulega wątpliwości, że jego stosunek do Polski i Polaków był oburzająco krzywdzący: o naszym narodzie wypowiadał się w sposób pogardliwy oraz wbrew oczywistym faktom przypisywał Polsce odpowiedzialność za wybuch wojny i rzekome mordy na niemieckiej ludności cywilnej. Biorąc to wszystko pod uwagę, bezkrytycznie apologetyczny wpis dotyczący osoby Degrelle'a na oficjalnym profilu Lubelskiej Brygady ONR należy uznać za wysoce niefortunny, nieprzemyślany i zwłaszcza dla narodowców wręcz kompromitujący. Mistrz "nacjonalizmu integralnego" Charles Maurras (który inspirował przecież Degrelle'a w młodości) pisał, że nie ma i być czegoś takiego, jak "międzynarodówka nacjonalistyczna", bo nawet jeżeli pewne idee są wspólne, to akcja polityczna nie może przechodzić do porządku dziennego nad lojalnością wobec własnej wspólnoty i godzić się na jej krzywdzenie, choćby słowem (podobnie zresztą pisał u nas na przykład o. Innocenty M. Bocheński). To prawda, że niektóre reakcje na ów szkodliwy wpis były przesadne i histeryczne, ale owa "wrzawa medialna" była przecież nietrudna do przewidzenia; nie dość więc przypominać, że lepiej być mądrym przed szkodą niż po szkodzie.

z poważaniem

 

Jacek Bartyzel