środa, 29 sierpień 2018 20:12

Tomasz Dryjański - O dojrzały nacjonalizm

Przyglądając się przyczynom słabości naszego ruchu nie sposób pominąć młodego wieku działaczy. Oczywiście napływ młodych jest czymś bardzo pozytywnym, ale po pierwsze jest on już znacznie mniejszy niż jeszcze kilka lat temu na fali Marszu Niepodległości, a po drugie po kilku latach zostają nieliczni. Aby zastanowić się nad przyczynami tego zjawiska, a także możliwymi sposobami  utrzymania starszych działaczy w Ruchu i wykorzystania ich potencjału Kongres Narodowo-Społeczny wraz ze Szturmowcami i naszym miesięcznikiem zorganizował konferencję „Nacjonalizm 25+”, na której miałem przyjemność wystąpić obok wieloletniego działacza Młodzieży Wszechpolskiej, a obecnie współwłaściciela księgarni i wydawnictwa CapitalBook Adama Gucwy, a także redaktora naczelnego Szturmu Grzegorza Ćwika.

Reprezentuję pokolenie działaczy, które w ostatnich latach sporo przeżyło. Do Młodzieży Wszechpolskiej wstąpiłem przed Marszem Niepodległości w 2010 roku, pamiętam czasy kiedy w największych miastach było po kilku-kilkunastu działaczy (licząc wszystkie organizacje), następnie rozrost struktur dzięki sukcesowi Marszu Niepodległości, powstanie RN, jego kolejne kompromitacje łącznie z wystawieniem absolwenta podstawówki w wyborach prezydenckich, w końcu wejście do Sejmu z listy Kukiza i burzliwe z nim rozstanie, powstanie .ndecji... Wielu znajomych, z którymi działałem już dawno porzuciło ruch nacjonalistyczny. Ci, którzy w dalszym ciągu pozostają wierni ideałom mają problem z odnalezieniem swojego miejsca w środowisku. Organizacje narodowe nie mają na nich pomysłu, niech stare dziady płacą kasę, skoro jeszcze się z nami identyfikują! Tymczasem te „stare dziady” mają najczęściej po 25-30 lat i olbrzymi zapał do pracy! Dlaczego tak się dzieje?

Całemu ruchowi brakuje pomysłu na wykorzystanie umiejętności i doświadczenia starszych działaczy. Tworzymy środowisko typowo młodzieżowe i tak wygląda nasza działalność – ulotki, zbiórki dla domów dziecka, palenie zniczy, sprzątanie grobów, oddawanie krwi... Wszystko to ważne i potrzebne, ale zdecydowanie brakuje tutaj wizji. Zasadniczo jedynym pomysłem na dalszą działalność da osób kończących swoją przygodę z MW był Ruch Narodowy, abstrahując od tego jak negatywnie oceniam wspomniany twór (będzie o nim jeszcze sporo w dalszej części tekstu), wielu nacjonalistów w ogóle nie widzi się w polityce, pracy partyjnej. Jest to całkowicie zrozumiałe, sam nigdy nie wyobrażałem sobie członkostwa w partii i kandydowania w wyborach (dałem się namówić na start do sejmiku województwa, zresztą bez szans na elekcję, tylko po to, żeby w ogóle była lista i bardzo tego żałuję). Dorosła działalność to nie tylko partie polityczne, to także, a nawet przede wszystkim prowadzenie wydawnictw, spółdzielni, klubów sportowych, angażowanie się w związki zawodowe i ruchy miejskie, fundacje, publicystyka, praca nad tworzeniem nowoczesnego programu nacjonalistycznego, organizacja wydarzeń kulturalnych. Dzisiaj wszystkie organizacje narodowe są typowo młodzieżowe (MW ma to nawet w nazwie), a działacze po skończeniu studiów, znalezieniu pracy i założeniu rodzin przechodzą na nacjonalistyczną emeryturę, nie widząc w ruchu miejsca dla siebie. Zdecydowanie brakuje w pracy formacyjnej wychowania do działalności w życiu dojrzałym. Tymczasem chcąc wychować nacjonalistę należy patrzeć na to, żeby działalność nie byłą dla niego młodzieńczym epizodem, a czymś ważnym przez całe życie, w tym celu trzeba przyglądać się zdolnościom poszczególnych osób, ich zainteresowaniom, tak aby ukierunkować je na ten front narodowego czynu, na który pasują najlepiej. Jeden nadaje się na wydawcę, drugi związkowca, trzeci spółdzielcę, czwarty animatora kultury, a piąty sprawdzi się w ruchach miejskich. Lokalni liderzy organizacji młodzieżowych muszą mieć świadomość, że MW/ONR/dowolna organizacja nie są celem samym w sobie, a szkołą aktywizmu – ich celem jest wychowanie działacza, który mając trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat w dalszym ciągu będzie wierny Ideałom młodości i pozostanie społecznikiem. Nie politykiem, tylko właśnie społecznikiem. Powstanie RN-u sprawiło,że wielu 18-20-latków zaczęło widzieć się w ławach sejmowych, zresztą marzenia o karierze politycznej są typowe dla większości młodych prawicowców (mimo, że tego określenia nie lubię, niestety polski ruch narodowy dotykają praktycznie wszystkie choroby prawicy), tymczasem ważne jest, aby do polityki szli ci, którzy naprawdę się do tego nadają – działacze społeczni z wieloletnim stażem, ludzie z odpowiednim przygotowaniem merytorycznym, obdarzeni konkretnymi zdolnościami i cechami charakteru. Choćby dlatego jestem zwolennikiem delegalizacji partyjnych młodzieżówek i zakazu członkostwa w partiach politycznych oraz kandydowania w wyborach przed ukończeniem 25., a najlepiej 30. roku życia.

Kolejnym powodem dla którego ludzie rezygnują z działalności jest znudzenie. Młody chłopak, albo dziewczyna zaczyna fascynować się ruchami antysystemowymi, patriotyzmem i trafia do organizacji narodowej. Na początku angażuje się w działalność, przychodzi na spotkania i ma mnóstwo zapału. Po pewnym czasie okazuje się, że Wielka Polska jednak nie nadeszła, RN okazał się klapą, a w życiu jest parę ciekawszych rzeczy do roboty niż rozdawanie ulotek.  Ilu znamy ludzi, którzy po kolejnych klęskach RN-u, czy wcześniej LPR-u dali sobie spokój! Znudzenie działalnością i zniechęcenie brakiem efektów omawiam razem, gdyż w obu przypadkach chodzi o to samo – brak prawdziwej ideowości. Działacz odpowiednio uformowany również będzie przeżywał kryzysy, chwile zwątpienia, choćby widząc absolwenta szkoły podstawowej w roli kandydata na prezydenta i cały RN-owski bałagan, ale nie zrezygnuje z nacjonalizmu. Nie zrezygnuje z niego dlatego, że wie po co to wszystko robi. Jeżeli ktoś działa dla szyldu organizacyjnego, lidera, wizji kariery czy dobrego samopoczucia to prędzej czy później odejdzie. Zostaną Ci, którzy wiedzą, że działalność to obowiązek wobec Narodu i rozumieją, że w 2-3 lata Wielkiej Polski się nie zbuduje, co więcej, jest wielce prawdopodobne, że jej po prostu nie dożyjemy. Realnym celem jest budowa dojrzałego ruchu społecznego, który w perspektywie wieloletniej będzie wpływał na sposób myślenia Polaków i przekonywał ich do aktywnego udziału w życiu społecznym. Realnym, nie znaczy łatwym, musimy mieć świadomość, że czeka nas wiele lat ciężkiej pracy i rozczarowań. Jeżeli tego nie zrozumiemy dopadnie nas znudzenie, zniechęcenie i odejdziemy – jak uczyniło to już wielu naszych rówieśników. Doskonale rozumiem prozę życia – każdy z nas ma znacznie więcej obowiązków niż dwudziestolatek, ale człowiek prawdziwie ideowy zawsze znajdzie czas i obszar do działania, kwestia priorytetów i dobrej organizacji czasu własnego.

Wspominałem już o RN-ie, który obarczyłem sporą częścią odpowiedzialności za fatalną kondycję polskiego nacjonalizmu i małą ilość działaczy po 25 roku życia,  należy ich także obwiniać o skłócenie środowiska. Sięgając pamięcią do fali entuzjazmu po sukcesie Marszów Niepodległości, każdy z nas się zgodzi, że to był dobry czas na powołanie nacjonalistycznej partii politycznej. Szybko jednak okazało się, że nowo powstały twór jest groteskowy, a z nacjonalizmem ma niewiele wspólnego. Najważniejszym zarzutem jaki mam wobec RN-u jest jednak zmarnowanie czasu, który należało poświęcić na formację ideową młodych działaczy, kiedy zbliżał się maraton wyborczy organizacje narodowe przeżywały olbrzymi rozrost struktur, na spotkania przychodziły tłumy młodych ludzi, których należało odpowiednio uformować. Lata 2013-15 był to okres, kiedy świeżo przychodzące do MW i ONR kandydaci na działaczy byli pod olbrzymim wpływem koliberalizmu, nic dziwnego – zainteresowali się patriotyzmem, prawicą to bardzo szybko trafili w internecie na filmiki pana w muszce i Michalkiewicza (którego od zawsze uważam za protoplastę polskiej szurii), potrzeba było dużo czasu i pracy, aby uczynić z nich świadomych nacjonalistów. Dodatkowo ludzie ci, jako skażeni Korwinem cierpieli na przerost ego i chcieli jak najszybciej zacząć kariery polityczne. Tymczasem Ruch Narodowy pilnie potrzebował ludzi do zbierania podpisów, trzeba było zarejestrować listy, na które już wkrótce oddano 1,4% głosów, zamiast uczyć młodych podstaw nacjonalistycznego spojrzenia na świat, aktywizmu i myślenia kategoriami solidaryzmu społecznego rozliczano ich z ilości podpisów zebranych na Bartosza Józwiaka, Mariana Kowalskiego czy Artura Zawiszę. Wielu z tych ludzi mogłoby działać do dzisiaj i być świadomymi, ideowymi nacjonalistami, gdyby wtedy zamiast marnować czas na zbieranie podpisów poznawali twórczość Jana Mosdorfa i Bolesława Piaseckiego, czytali Politykę Narodową lub poszli na warsztaty z funkcjonowania NGO-sów. Niestety, ówczesna starszyzna sama miała po 22-25 lat i na tym polegała nasza tragedia. Tym bardziej, że RN korzystając z mody na liberalizm i mając w swoich szeregach starych korwinistów (Józwiak, Kowalski) nawet nie próbował budować nacjonalistycznej narracji, wolał serwować wszystkim patriotyczno-liberalną papkę, nic dziwnego, że dla nikogo nie był wiarygodny ani wyrazisty. Później było jeszcze gorzej – wyjątkowo nieudolnie prowadzona kampania samorządowa, podczas której cała masa 18-20-latków z półrocznym stażem organizacyjnym znalazła się na listach wyborczych, często w pierwszych trójkach. Dzieci poczuły się politykami. Kolejne niepowodzenia sprawiały, że coraz częściej się kłócono, a RN promował najgorsze postawy, dodatkowo odcinając się od tych bardziej doświadczonych, ideowych działaczy, bo to przecież niebezpieczni radykałowie i „socjaliści”. Ponieważ wszyscy byliśmy wówczas młodzi, kłótnie na tematy ekonomiczne były na poziomie dyskusji w pewnym lubelskim studiu telewizyjnym (miałem w tym niestety spory udział). Później działy się rzeczy jeszcze gorsze – kampania prezydencka osobnika już wtedy powiązanego z sektą Chojeckiego... To zniechęciło wielu ludzi. Co działo się później wie każdy. Wątek polityki jest tutaj bardzo istotny, bo powszechne stały się dwie szkodliwe postawy. Pierwsza to oczywiście uważanie się za wielkich polityków w wieku 18-20 lat, druga czyli uznanie polityki za zło wcielone i niegodną zainteresowania prawdziwego radykała jest równie idiotyczna. Sam nie zamierzam nigdy angażować się w politykę rozumiana jako startowanie w wyborach i członkostwo w partii, ale musimy mieć świadomość, że jest to bardzo istotny obszar narodowej działalności, a posiadanie politycznego ramienia w postaci partii jest niezbędne dla funkcjonowania poważnego ruchu.

Wielu dawnych nacjonalistów znajdziemy dziś w środowisku Gowina, PiS-ie, wśród kukizowców, a nawet u Korwina i w Platformie. Co oni tam robią? To proste – dawno pozbyli się poglądów, ale polubili politykę i poszukali karier gdzie indziej. Każdy taki przypadek to porażka wychowawcza organizacji narodowych, ale jednocześnie cieszę się, że ich już z nami nie ma.

Zastanówmy się na koniec do czego prowadzi sytuacja w której tak mocno brakuje starszych działaczy. Przede wszystkim studenci licealiści nie stworzą sensownego programu, mogą jedynie czytać stare książki, ewentualnie fascynować się bredniami  koliberałów (bo sami tworzymy niewiele, a Dmowski, Mosdorf, Piasecki czy Doboszyński tworzyli w czasach bardzo odległych, w zupełnie innej rzeczywistości społeczno-politycznej i nie wszystko co pisali jest dzisiaj aktualne). Brak nowoczesnego, solidnie opracowanego programu sprawia, że tak naprawdę nie wiemy jakiej Polski chcemy! Gdyby zapytać o to przeciętnego narodowca odpowiedziałby bez wahania – Wielkiej! Wielkiej? Czyli jakiej? Ano bez parad pedałów, Arabów, Ukraińców i z pomnikiem Dmowskiego w każdym mieście. Kilka lat temu powiedziałby także białej, ale dzisiaj nie jest to już takie oczywiste. Ani słowa o konkretnych rozwiązaniach rzeczywistych problemów gospodarczych, społecznych. O poprawie sytuacji służby zdrowia, systemie podatkowym, transporcie publicznym, prawie pracy, roli samorządów, polityce zagranicznej (niektórzy powiedzą coś o rewizjonizmie)... Jedyną pracę programową wykonuje środowisko Polityki Narodowej, a próbą jej usystematyzowania było wydanie Niezbędnika narodowca (zresztą bardzo dobrego), poza tym mamy pustynię. Nic więc dziwnego, że zwykli Polacy mają nas za debili. Nie za faszystów, jak często myślimy, że oto liberałowie nas się boją i twierdzą, że jesteśmy faszystami! Nie! Za faszystów to nas uważa kilku kilku anarchistów, cała reszta społeczeństwa ma nas za bandę gówniarzy i debili, którzy nie wiedzą o co im tak naprawdę chodzi. I szczerze powiedziawszy jest to normalna ocena każdego ruchu, w którym średnia wieku wynosi 20 wiosen, a co parę lat następuje wymiana 90% kadr.

Doświadczeni działacze z uporządkowaną sytuacją życiową i zawodową pełnią dzisiaj raczej rolę trzydziestoletnich kombatantów, którzy opowiedzą jak to drzewiej bywało, powspominają, czasem sypną groszem. Tymczasem powinni oni po pierwsze cały czas aktywnie działać – oczywiście w inny sposób niż za czasów członkostwa w organizacjach młodzieżowych, a także przekazywać know-how młodym. Potrzebujemy należących do ideowców firm, które będą w stanie wspierać działalność, wydawnictw, publicystów, specjalistów w różnych dziedzinach, działaczy związkowych i spółdzielczych, lokalnych społeczników, jako katolik dodam także, że potrzebujemy księży o ugruntowanej postawie narodowej (nie błaznów jak pewien pan, który w kapłaństwie wytrwał jakieś dwa lata). Potrzebne nam są fundacje, które będą w stanie pozyskiwać dofinansowania, publicyści, analitycy... Mam nadzieję, że ten tekst przeczyta jak najwięcej lokalnych liderów organizacji młodzieżowych i zrozumie, że ich głównym zadaniem jest wychowanie działacza, który po osiągnięciu pewnego wieku będzie angażował się na najbardziej odpowiednim dla niego polu. Roczniki 89-94  żegnają się już z młodzieńczą działalnością, wielu z nas jest już dla Ruchu straconych, ale wielu cały czas chce pracować dla Idei – musimy po prostu robić to mądrze i odnaleźć swoją działkę. Nie możemy stać się kolejnym straconym pokoleniem.

Tomasz Dryjański