wtorek, 01 maj 2018 12:12

Michał Walkowski - „Ruch niewykorzystanych szans”, czyli młot na pychę

Środowisko polskich nacjonalistów można określić przynajmniej w jednym z aspektów jego funkcjonowania jako ruch niewykorzystanych szans. Jest ono nim z co najmniej trzech powodów. Pierwszy określiłbym jako działanie subkulturowe. Drugi dotyczy wzajemnego traktowania się poszczególnych organizacji narodowych z wyższością. Trzeci natomiast odnosi się do patrzenia z góry na wrogów politycznych. Każdy z wymienionych powodów rozwinę w dalszej części tekstu. Pod koniec podsumuję i postaram się wyciągnąć wnioski.

Działanie subkulturowe, które określiłem jako pierwszy powód braku efektywności naszego środowiska, wymaga zdefiniowania oraz odniesienia do konkretnych przykładów. Otóż na pojęcie to składa się wiele różnych czynników, które w ogólnym wymiarze mógłbym zawęzić do dwóch elementów, które odpowiadają naszemu stosunkowi do wnętrza naszej społeczności oraz do osób spoza niej. Przede wszystkim owy sposób działania jest wyalienowany względem społeczeństwa. Oznacza to, że większość działań, które są podejmowane w ramach naszego środowiska, trafia jedynie do nas samych, nacjonalistów. W najlepszym wypadku dzieje się tak, że o naszych inicjatywach dowiadują się zainteresowani naszą działalnością oraz niekiedy realnie potrzebujących (w wypadku stosunkowo rzadkich lub małych na skalę ogólnopolską akcji społecznych). Drugą ze składowych działania subkulturowego jest powszechna, nadmierna ironia oraz sarkazm. Etatowi internetowi wojownicy o sprawę skwitowaliby ją pewnie mianem trollingu, choć sam nie jestem przekonany odnośnie adekwatności tego terminu w tym przypadku. Dlaczego? Nie jest bowiem wcale niewinna, a jej owoce de facto są wprost negatywne. Ta retoryka, którą można zaobserwować głównie na internetowych forach (choć nie tylko) przysparza przede wszystkim tego, że słabiej uformowani działacze zaczynają brać ją na poważnie lub – w lepszym wypadku – przesiąkają rzekomo wyłącznie „dla zabawy” pogardą do własnych rodaków, czy chociażby wykazują się pychą. To godzi w formację osobową takich ludzi i sprawia, że zamiast czytać o idei, pasjonować się nią i żyć według niej, tacy ludzie prędko rezygnują lub po prostu przystosowują się do warunków, które zastają i – rzecz jasna – nie rozumieją ich. Ponadto nawet sami starsi działacze niekiedy przestają się skupiać na tym, co jest dla nas ważne, a prowadzą wyłącznie boje w przestrzeni internetowej.

Drugi czynnik, który dotyczy faktu wzajemnego wywyższania się między organizacjami nacjonalistycznymi w Polsce, nie można identyfikować ze zdrowym współzawodnictwem, czy nawet jakimś rodzajem pozytywnej rywalizacji. Najczęściej bowiem to zjawisko polega na tym, że członkowie danej organizacji z różnych przyczyn nie chcą współpracować z działaczami innej. Kluczowe tutaj są owe przyczyny. Wymienię dwie, które wydają mi się być najważniejsze. Pierwsza najczęściej wiąże się z fałszywym obrazem jednych względem drugich. Polega to w przeważającej większości przypadków na tym, że dana grupa polega jedynie na własnych wyobrażeniach o innych lub na świadomie i odgórnie wpajanych projekcjach na temat drugich. Druga przyczyna odnosi się natomiast do uprzedzeń posiadanych przez działaczy. Powstają one najczęściej na skutek wpajanych schematów myślowych, które powstają w wyniku manipulacji i przywoływania „wrogów numer jeden” lub „zdrajców idei” w niemal każdym środowisku narodowym o nieco odmiennym profilu.

Trzecim i ostatnim (choć nie najmniej ważnym) powodem naszej niskiej efektywności jest spoglądanie na naszych politycznych przeciwników z góry oraz z nieuzasadnioną zazwyczaj wyższością. Zanim jednak wyjaśnię, na czym ta wyimaginowana wyższość miałaby polegać, przywołam dwa środowiska polityczne, które bez wątpienia każdy nacjonalista powinien identyfikować jako wrogie. Są nimi liberałowie i tzw. lewactwo. Opisywać szerzej obu grup nie zamierzam, ale kilka słów o nich zawrzeć wypada. Pierwsi to przede wszystkim ludzie, którzy pod płaszczykiem górnolotnych i zawłaszczonych przez nich haseł obywatelskiej wolności, pluralizmu i sprawiedliwości, wprowadzają w rzeczywistości dyktaturę politycznej poprawności i wypaczonej tolerancji oraz hedonistyczny kult własności. Można ich kojarzyć z obecnie funkcjonującym systemem, którego są autorami – demokracją liberalną. Drudzy z kolei twierdzą, że niosą społeczną sprawiedliwość, że są nastawieni antysystemowo, czy że niosą tzw. postęp, a de facto przyczyniają się jedynie do rozmywania kolejnych pojęć, umacniania systemu demoliberalnego oraz chronienia jego fundamentów. Często są dobrze przygotowani intelektualnie, gdyż wielu z nich funkcjonuje np. w przestrzeni akademickiej. Zaliczają się do nich wszelcy marksiści kulturowi, postmoderniści i obrońcy multikulturalizmu. Tyle o wrogach. Po co jednak ten ich opis? Otóż jestem zdania, że wroga trzeba znać jak najlepiej i na pewno nie można go lekceważyć. Wielu z nas popełnia błąd negując mniej lub bardziej świadomie obie te reguły. Nie czytamy lewackiej literatury, czy nawet mediów, bo myślimy, że to bezmyślny bełkot, czy brednie. Faktycznie w większości są to stokroć lepiej funkcjonujące przestrzenie tekstowe niż te tworzone przez nas. Nie da się ukryć, że nie są one wolne od manipulacji, nadużyć, czy pospolitego kłamstwa, ale strukturą organizacyjną przebijają nasze inicjatywy w sposób znaczny. Z drugiej strony z kolei podchodzimy do przeciwników z wielką dozą wyższości. Czym jest to spowodowane? Tego dotychczas nie odkryłem. Zdrowo myślący i świadomy działacz widzi bowiem, że są oni lepiej rozwinięci, mają więcej sojuszników, więcej zasobów od nas. Taki aktywista powinien zadawać sobie pytanie, jak ich pokonać, a nie jak zalać ich salwami śmiechu. Owszem, ironia i sarkazm w memach, czy innych trollerskich aktywnościach to silne środki przekazu, ale nie wystarczą do osiągnięcia jakiegokolwiek poważniejszego sukcesu w wymiarze społecznym, na którym nam najbardziej zależy.

Dopóki nie zaczniemy myśleć realnie o wpływaniu na nasz naród i nie przekujemy tego na realne działania, dopóty będziemy w podziemiu. Nie ma się co oszukiwać. Powiem więcej – bez elementarnego szacunku względem siebie, współbraci w walce, rodaków, czy nawet wrogów nie jesteśmy w stanie nic osiągnąć.

Michał Walkowski