Grzegorz Ćwik - Pożegnanie z paneuropeizmem

Siłą nacjonalizmu jest, a przynajmniej powinna być, jego elastyczność i umiejętność dobrze rozumianego modernizmu, który rozumiem jako zdolność dostosowania aksjologii do aktualnej sytuacji. Z jednej strony warunkuje to wysoką żywotność idei narodowej, i przynajmniej w teorii jej szybką adaptację w odpowiedzi na pojawianie się nowych problemów. Z drugiej jednak pojawia się określone zjawisko pewnej „modowości”, to jest powstawania nowych i zewnętrznie atrakcyjnych aspektów nacjonalizmu, które jednak zwykle tylko powierzchownie są analizowane i rozumiane.

Jednym z takich elementów, który pojawił się w polskim nacjonalizmie już dłuższy czas temu i do dziś ma niemałe znaczenie, jest paneuropeizm. Sam na łamach „Szturmu” (i nie tylko) swego czasu mocno broniłem tego nurtu i uważałem za coś nierozłącznie związanego z nacjonalizmem. Myślenie oparte już nie tylko o dbałość o własne narody, ale i szersze oraz bardziej uniwersalne tożsamości, miało być czymś, co „uzbroi” oraz unowocześni idee nacjonalistyczną.

Miało to swój urok i wręcz romantyzm, choć i ja i wiele osób czuło pod skórą, że prędzej czy później przyjdzie nam zderzyć się z real-polityczną rzeczywistością. Niejakie przyspieszenie historii, jakiego jesteśmy świadkami po 24 lutego 2022 stało się głównym bezpośrednim czynnikiem, który unaocznił, że paneuropeizm na papierze może jest ładną teorią, ale w praktyce rozjeżdża się całkowicie z rzeczywistością.

Zacznijmy od tego, że paneuropeizm powstał w mocno hermetycznych środowiskach – czyli grupach nacjonalistycznych w Polsce, jak i innych krajach Europy. Jako, że praktycznie wszędzie nacjonaliści są generalnie marginesem (albo i marginesem marginesu) to mają swoisty „przywilej” tworzyć dowolne konstrukcje myślowe, kompletnie oderwane od jakiekolwiek rzeczywistości politycznej, historycznej i kulturowej. Oczywiście, z drugiej strony paneuropeizm był (właściwe jest) odpowiedzią na jak najbardziej realne zagrożenia. A te, jak że mają charakter internacjonalny, to i paneuropeizm powstał jako koncepcja obejmująca więcej, niż tylko jedną wspólnotę. I generalnie samo to jest całkiem niegłupie – skoro neoliberalizm, nowolewicowe szarlataństwa i skutki tego nie przejmują się granicami, to i my nie powinniśmy.

Zasadniczy problem wiązał się jednak z pewną fanatyzacją i jednowymiarowością paneuropeizmu. Bowiem w imię antyszowinizmu, skądinąd słusznego postulatu, z czasem zaczęliśmy widzieć coraz częstsze próby nie tylko wypaczania własnej historii, ale i deklarowania poświęcenia swojej suwerenności i interesów, w imię paneuropejskiej współpracy. Całość idei paneuropejskiej w tej optyce kazała podporządkować absolutnie swoją tożsamość europejskości, czy jak kto woli – paneuropejskości.

Nie brzmi trochę znajomo? Przecież od dobrych 30 lat jesteśmy non stop drenowani przez media z lewej i prawej strony prounijną propaganda, która sprowadza się do stwierdzenia, że narody to anachronizm, a teraz musimy być Europejczykami, myśleć po europejsku, zapomnieć o polskości i w ogóle całość życiu podporządkować niemie….o pardon, europejskiej optyce.

Tak samo jest z owym paneuropeizmem. Nie neguję istnienia pewnej wspólnej dla wszystkich Europejczyków przestrzeni i dziedzictwa, choć zdecydowanie bliżej mi do myśli Spenglera, który stwierdził, że nie istnieje coś takiego jak Europa, a jest Europa zachodnia i wschodnia, które się diametralnie różnią. Tak czy inaczej – sam fakt, że pewne aspekty kulturowe i etniczne, czy językowe są dla nas wspólne, nie znaczy to… nic więcej! Nie znaczy, że mamy na siłę tworzyć wspólną politykę zagraniczną, ekonomiczną, energetyczną itp. I wynika to głównie z konstatacji, że jest to zwyczajnie nierealne, bo na tak ogromnym terenie jak Europa, położenie i interesy oraz cele poszczególnych państw różnią się tak mocno, że nie da się tego wykonać. Tak samo jest przecież ze wszystkimi wspólnymi celami i politykami w ramach unii Europejskiej.

Oczywiście, nie zmienia to faktu, że narody europejskie, jako byty wspólnotowe i ponadpokoleniowe mają śmiertelnego wroga w liberalizmie, kapitalizmie i nowej lewicy. I zapewne należy w miarę możliwości współpracować w blokowaniu i zwalczaniu tych zagrożeń, ale… tylko w tym. Cały dzisiejszy świat opiera się już nie na całkowicie wrogich sobie obozach, ale zwykle na skomplikowanych relacjach mieszanych, gdzie państwa potrafią w jednych sprawach toczyć spory, nieraz strategiczne, a w innych ściśle współpracować i koordynować swoje poczynania. BRICS to koronny tu przykład (przy czym żeby była jasność – w żaden sposób fanem BRCISU nie jestem. Uprzedzam, żeby jakiś kretyn swoim kretyńskim zwyczajem nie wyczytał z tekstu więcej, niż autor miał do powiedzenia).

Sama bowiem „Europa” stanowi pewien mit. Historycznie zawsze dzieliła się na wschód i zachód, więc kiedy mówimy, że paneuropeizm to wierność owej Europie, to chce się dopytać „to znaczy komu?”. I tu odpowiedź jest prosta: Niemcom. Czemu? Bo to Niemcy są najsilniejszym i najbardziej wpływowym elementem europejskiej mozaiki, elementem który od kilku dekad nadaje ton europejskiej polityce. Więc jeśli wierność Europie oznacza – a musi logicznie oznaczać – zrównanie do pewnej wspólnej stałej, to będzie siłą rzeczy oznaczać zrównanie do niemieckiej optyki i niemieckich interesów. Nie bez powodu zresztą to Niemcy są najzawziętszym orędownikiem federalizacji Unii Europejskiej, progowania unijności i europejskości, którą odmieniają przez wszystkie przypadki. Tak samo nie ma zdziwienia, że także niemieccy nacjonaliści oficjalnie odwołują się do idei paneuropejskiej, którą zresztą łączą z ledwo skrywaną fascynacją hitleryzmem, bredniami o „przestrzeni życiowej” etc. Niedaleko pada bowiem jabłko od jabłoni. W strukturach międzynarodowych zawsze to najsilniejsze części nadają ton całej reszcie. Tak było w Związku Ateńskim, za czasów Napoleona, w NATO, Układzie Warszawskim, tak samo byłoby w razie, gdyby paneuropeizm kiedykolwiek zaczął choćby zahaczać o jakieś polityczne emanacje. Paneuropeizm oznacza podporzadkowanie się Niemcom, a że paneuropeizm to idea ostatecznie przecież pochodząca ze środowisk nacjonalistycznych, to paneuropeizm oznacza podporządkowanie interesom narodu niemieckiego.

Brak realizmu i całkowita ignorowanie historii, polityki, kultury własnego Narodu i regionu to zresztą jedne z głównych „grzechów” paneuropeizmu. Wspomniana przeze mnie romantyczność paneuropeizmu przypomina trochę anarchistyczne czy pacyfistyczne brednie o tym, jak to kiedyś wszyscy ludzie będą się kochać, wyrzekną przemocy, konfliktów i generalnie czeka nas sielanka, pikniki na trawie i długie spacery do zmierzch. Całość rzeczywistości w optyce paneuropejskiej była sprowadzona do konieczności współpracy „bo liberalizm i imigranci”. A to, że ów liberalizm i imigranci to właściwie także efekt polityki określonych państw (i to narodowych)? Generalnie największy problem paneuropejskości to właśnie chyba owa naiwność, tym w sumie dziwniejsze że to pogląd wyznawany przez nacjonalistów. Z jednej strony bowiem mamy twardy interes narodowy i rację stanu, z drugiej internacjonalne mrzonki i marzenia. Wiemy jak kończyły dużo mniejsze projekty ponadnarodowe – Czechosłowacja, Jugosławia. Tymczasem tutaj zakłada się, że owa „Europa” się zjednoczy bo imigranci i liberalizm…tak jak nigdy nie zjednoczyła się wobec jakiegokolwiek zagrożenia.

Do tego cały paneuropeizm to wręcz wyrzeczenie się doświadczenia historycznego. Jeśli bowiem historia czegoś uczy Polaków, to tego, że nie ma żadnej Europy, tylko właśnie spenglerowska Europa zachodnia i wschodnia, a ta zachodnia od ponad 1000 lat nas podbija, gardzi nami, eksploruje, ma głęboko w poważaniu i uważa za ludzi drugiej kategorii (a czasem i za podludzi). Nie jest możliwe stworzenie jednego wspólnego mianownika politycznego dla tak ogromnego i zróżnicowanego obszaru, a praktyka pokazuje, że absolutnie zawsze państwo i naród i jego działanie oraz jakkolwiek rozumiane interesy przeważą nad internacjonalizmem. Zresztą – o czym mu tu mówimy, gdy nie potrafimy jako ludzie zwalczyć takich problemów jak niszczenie ekosystemów czy kryzys klimatyczny. A cóż dopiero mówić o imigracji (zresztą po części wynikającej z powyższych).

Zasadniczy też problem z paneuropeizmem jest taki, że zakłada on, iż narody przejdą od obecnej fazy do fazy, gdzie właściwie wyrzekną się jakiejkolwiek polityki, celów, własnej strategii na rzecz dobra wspólnego i kooperacji. I co najlepsze – że tego wyrzeczenia się interesów narodowych dokonają… sami nacjonaliści, bo przecież wedle koncepcji paneuropejskich idea ta miała być zrealizowana po jakiejś mglistej rewolucji ogólnoeuropejskiej, gdzie do władzy we wszystkich (albo większości krajów kontynentu) dojdą nowe ruchy narodowe. To już wizja rodem z powieści s-f, zakładać, że nacjonaliści – jacy by mnie byli – wyrzekną się narodowych ambicji, tradycji, historii i honoru.

Nie twierdzę, że wspólne przeciwdziałanie pewnym zjawiskom nie ma sensu, ale po pierwsze nie możemy podporządkowywać temu absolutnie całej naszej rzeczywistości, a po drugie przyda się tu elementarna doza realizmu, która nakazuje sądzić, że faktyczne ramy wykonalności są tu cokolwiek niewielkie.

Koniec paneuroepizmu w rozumieniu czegoś wartościowego dla idei narodowej obwieścili zresztą… sami nacjonaliści, a dokładniej niemieccy i ukraińscy. Jawna już polakożerczość paneuropejskiego Dritte Weg, czy coraz częstsze ataki na Polskę i Polaków ze strony ukraińskich środowisk narodowych, które też (gdy miały w tym cel) odmieniały paneuropeizm na wszystkie strony pokazują, że albo specjalne nikt w ów paneuropeizm nie wierzył, albo też traktował go jako narzędzie.

Tak czy inaczej najwyższa pora by nacjonalizm wydoroślał z dziecinnych mrzonek i inspirowanych kiepskimi przykładami „dowodów” na europejską jedność – ta nigdy nie istniała. To co istnieje to Polska, Polacy i nasze interesy oraz cel jakim jest Międzymorze. Ale to ostatnie też popieramy przede i nade wszystko, gdyż uważamy, że będzie wydatnym sposobem realizacji dążeń naszego Narodu oraz zabezpieczenia jego bytu.

 

 

Grzegorz Ćwik