Artykuły filtrowane wg daty: czerwiec 2016

czwartek, 23 czerwiec 2016 13:37

Napomnienie na koniec czasu

Let us drink with the fire that quenches our thirst

Let us drink to each other and ravish the earth

Let us drink and die and drink again

Remember depravity - I give you the sun

Remember debauchery and the orgies of Rome

 

(Ordo Rosarius Equilibrio – "Remember Depravity and the Orgies of Rome")

 

O upadku Zachodu mówi się w rozmaitych kręgach już od grubo ponad stulecia, a może jeszcze dłużej. Dekadenccy poeci, zapiekli nekro-reakcjoniści, rewolucyjni konserwatyści, faszyści w kolejnych wcieleniach, pisarze science-fiction, depresyjni rockmani, a nawet niektórzy liberalni intelektualiści (ci wyzbyci niepotrzebnych złudzeń i nie bojący się goryczy ewentualnych wniosków) – wszyscy oni roztaczają przed nami mniej lub bardziej apokaliptyczne wizje.

 

Porównania współczesnego społeczeństwa zachodniego (a więc przynajmniej Europy i USA) do Rzymu w epoce upadku – są już normą, zgoła banałem, zwłaszcza na szeroko pojętej prawicy. Mroczny totalitaryzm i rozpasany liberalizm, upadek obyczajów, powszechny permisywizm i relatywizm, terroryzm islamski, narkotyki, new-age itd. - tymi hasłami żongluje się bez końca. Ma to zresztą swoje poważne uzasadnienie, nawet jeśli w tym akurat tekście pozwalamy sobie mówić o tym tak bezceremonialnie i z pewnym dystansem. Cóż, truizm nie musi być fałszywy. Zachodnie społeczeństwo rzeczywiście zdaje się być przesycone klimatem schyłku, czego wyrazem jest choćby sztuka i literatura postmodernistyczna, programowo nawołująca li tylko do żonglowania tym, co już było, a więc do zabawy relikwiami przeszłości, którym nadawać można dowolny kontekst, wymiar i znaczenie.

 

Dobrze, to wszystko już wiemy. Znamy także problemy bardziej przyziemne: bezrobocie, prekariat, kredytowe uzależnienie (państw i jednostek), zanieczyszczenie środowiska, wstrząsy polityczne czy rozrost fundamentalizmów religijnych przy równoczesnej erupcji hedonizmu i perwersji. Wszystko to zdaje się zmierzać do jakiegoś wielkiego rozwiązania.

 

W związku z powyższym warto czasem przyjrzeć się dokumentom z czasów, w których Zachód upadł po raz pierwszy. Mowa rzecz jasna o przywołanym już wcześniej procesie rozpadu Imperium Rzymskiego.

 

Przypomnijmy: w sierpniu roku 410 do Rzymu, stolicy zachodniej części Cesarstwa, wkroczyły barbarzyńskie wojska Wizygotów pod wodzą Alaryka. Po kilku dniach plądrowania oddziały ruszyły na południe, a Rzym formalnie jeszcze przez 66 lat miał swój dotychczasowy status. Formalnie – bo następował już proces dezintegracji terytorialnej, organizacyjnej i społecznej Imperium. Jesienią roku 476, jak wiemy, ostatni cesarz – małoletni Romulus Augustulus – został zdjęty z tronu przez germańskiego wodza Odoakra. Odbyło się to bez pompy, jak przypieczętowanie czegoś oczywistego, jak potwierdzenie faktu dokonanego – szczególnie, że ojciec Romulusa, naczelnik wojskowy Orestes, faktycznie sprawujący władzę w imieniu syna – zginął już wcześniej.

 

Rzym ówczesny był już chrześcijański (i nie zmienił tego nawet Julian Apostata). Interesujące jest zatem to, czy i w jaki sposób chrześcijaństwo oddziaływało na proces rozpadu. Czy było czynnikiem rozkładowym, czy powstrzymującym? Czy może samo w sobie nie miało związku z sytuacją, to znaczy – nie było w stanie na nią wpłynąć, gdyż procesy polityczne i społeczne były posunięte zbyt daleko?

 

Naturalnie tego rodzaju artykuł nie może dać nam jednoznacznej odpowiedzi na te pytania. Warto jednak zerknąć na jedno z chrześcijańskich źródeł, które dobrze dokumentuje te niepewne czasy rozpadu.

 

Salwiana z Marsylii nazywa się pisarzem wczesnochrześcijańskim – co oczywiście ma sens, ale trzeba pamiętać, że religia, którą wyznawał, istniała już od czterech wieków. Urodził się bowiem około roku 400 po Chrystusie, a zmarł mniej więcej 70 lat później, gdy oficjalne istnienie Imperium Rzymskiego dobiegało końca. Prawdopodobnie posiadł wykształcenie prawnicze, poza tym miał w swoim życiu okres małżeński (spłodził nawet potomstwo). Postanowił jednak wraz z żoną żyć we wstrzemięźliwości. Majątek rozdali ubogim, zaś sam Salwian przyjął około trzydziestego roku życia święcenia kapłańskie.

 

Pisał zapewne sporo, jakkolwiek do naszych czasów przetrwały dwa dzieła: "Do Kościoła, czyli przeciw chciwości" oraz "O rządach Bożych" (De gubernatione Dei). Do tego garść listów, które wymieniał z chrześcijanami i poganami.

 

Salwian był jednym z wielu kaznodziejów, którzy nawoływali współczesnych sobie do nawrócenia. Godne uwagi jest jednak to, że w dużym stopniu koncentrował się na sprawach praktycznych, zgoła przyziemnych. Nie był może wielkim teoretykiem filozofii czy teologii, ale w zamian za to uderzał w tematy dotykające każdego – podatki, uczciwość, chciwość, zarabianie pieniędzy, afery finansowe, cudzołóstwo, wulgarne widowiska muzyczne i teatralne, posługiwanie się wiarą do własnych, niegodziwych celów itd.

 

Z tego powodu pisma Salwiana to poruszający dokument życia w tamtej epoce, gdy wokół wszystko szło powoli w gruzy, a jednocześnie rzymscy chrześcijanie częstokroć byli nimi li tylko powierzchownie. Nie znaczy to, by w skrytości kultywowali pogaństwo – ale raczej, że otwarcie kultywowali religię pieniądza i przyjemności. Tak przynajmniej przedstawia to nasz autor.

 

Salwian punktuje na przykład wszechobecną pazerność, w tym również i tę, która maskowana jest zapobiegliwością o potomstwo. Uderza w okrucieństwo panów względem niewolników, ale także w inne praktyki funkcjonujące w ówczesnym społeczeństwie. Jedną z nich są coraz wyższe, rujnujące Imperium podatki i inne daniny:

 

17. Wyraża się to choćby w bezwzględnym okrucieństwie, które jest obce barbarzyńcom, a jakże bliskie Rzymianom, którzy przez ściąganie podatków konfiskują wzajemnie swoją własność! (...) Otóż mała garstka konfiskuje majątki wielu ludzom. Dla nich pobór publicznych podatków jest osobistą zdobyczą, a należności skarbowe stanowią tytuł do prywatnych zysków. Czynią tak zaś nie tylko najwyżsi rangą urzędnicy, lecz i ci najniżsi w urzędniczej hierarchii, nie tylko sędziowie, lecz także ich podwładni.

 

(str. 182)

 

Cóż, nie trzeba być liberałem, by przyklasnąć tej wymownej krytyce biurokracji i fiskalizmu. A są to przecież zjawiska, które dotykają także współczesną, soc-demo-liberalną Unię Europejską. Dziś zresztą i tak – trochę z powodu panującego humanitaryzmu, trochę dzięki temu, że społeczeństwo zdążyło wykreować większy poziom życia i znaczny kapitał – sytuacja jest łagodniejsza niż w Rzymie. Oto bowiem czytamy u Salwiana m.in.:

 

18. Czyż bowiem są gdzieś nie tylko miasta, lecz także municypia i wsie, gdzie nie byłoby tylu tyranów, ilu urzędników? (...) Powstała taka sytuacja, w każdym razie tak powszechne panowanie zbrodni, że ocaleć może tylko ten, kto prowadzi życie występne.

 

(str. 182)

 

Widać więc, że rozkład aparatu państwowego i jego staczanie się w anarchię – nie przynoszą bynajmniej wolności czy jakiegoś romantycznego powiewu szaleństwa, o którym marzą niektórzy spośród naszych ekstremistów. Przeciwnie, ów chaos jedynie wzmaga niedolę ubogich i bezduszność biurokracji, uporczywie trzymającej się swoich ostatnich prerogatyw.

 

Sytuacja jest niepokojąca:

Kto bowiem udziela pomocy prześladowanym i udręczonym, skoro gwałtom ludzi nieprawych nie sprzeciwiają się nawet kapłani Pańscy? (...) Większoć z nich albo milczy, albo jeżeli nawet zabiera głos, to niewiele różni się od tych, co milczą. (...) Nie chcą bowiem głosić jawnej prawdy, ponieważ nie mogą jej znieść uszy złych ludzi i nie tylko od niej uciekają, lecz wręcz nienawidzą i jej złorzeczą.

 

(str. 183)

 

Ucisk podatkowy był w schyłkowym Rzymie tak monstrualny (przynajmniej w relacji do przychodów i majątków ludzi z niższych warstw), że wyjściem nierzadko była ucieczka poza granice Imperium – do barbarzyńców:

 

21. Dochodzi wręcz do tego, że wielu z nich, bynajmniej nie niskiego pochodzenia i wykształconych w sposób godny człowieka wolnego, ucieka do wrogów, aby nie umrzeć pod ciosami publicznych prześladowań. (...) wolą się jednakże pogodzić z obcym sobie sposobem ich życia, niż znosić ze strony Rzymian dzikie bezprawie. 22. Raz po raz udają się więc czy to do Gotów, czy do bagaudów, czy do innych państw barbarzyńskich, gdziekolwiek panują, i nie żałują tej zmiany miejsca pobytu. (...) Niegdyś obywatelstwo rzymskie nie tylko cieszyło się wielkim uznaniem, lecz także nabywano je za bardzo wysoką cenę. Obecnie każdy sam je odrzuca i ucieka od niego, ponieważ nie tylko stało się czymś bezwartościowym, lecz wzbudza wręcz odrazę.

 

(str. 183)

 

Jak widać, emigracja z powodu podatków i ubóstwa to nie jest współczesny wynalazek. Nawiasem mówiąc, powyższy cytat dobrze wpisuje się w realia współczesnych krajów Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski.

 

Salwian nie waha się nawet znaleźć słów usprawiedliwienia czy zrozumienia dla bagaudów – ludności chłopskiej, która powstała przeciwko niewoli fiskalnej:

 

Nazywamy zatraconymi buntownikami tych, których sami pchnęliśmy na drogę występku. 25. Cóż bowiem uczyniło ich bagaudami, jeśli nie nasze niegodziwe czyny, jeśli nie brak uczciwości ze strony sędziów, jeśli nie konfiskaty majątku i rabunki tych, którzy publiczne podatki obrócili na wlasne dochody i korzyści, czyniąc własnym łupem nałożone przez pańswo świadczenia. (...) Lecz cóż innego mogą chcieć nieszczęśnicy, którzy codziennie, a nawet bez końca, popadają w ruinę z powodu ściągania publicznych podatków? (...) Wrogowie są dla nich łaskawsi od poborców podatkowych.

 

(str. 185)

 

Salwian pisze także o klasach wyższych, które godzą się na zwiększanie obciążeń podatkowych, bo tak naprawdę nie muszą ich płacić, w praktyce cedując je na coraz bardziej spauperyzowaną ludność. Tematem kazań jest też niedola kolonów, czyli swego rodzaju chłopów pańszczyźnianych.

 

Temu wszystkiemu, co dzieje się w Rzymie, Salwian przeciwstawia – być może trochę na wyrost – prostotę, czystość i normalność barbarzyńców (celtyckich i germańskich). Owi barbarzyńcy są jednak albo poganami, albo heretykami – Arianami. Argumentacja Salwiana jest zatem ostra, bowiem notorycznie odwołuje się on do faktu, iż nominalnie błądzący barbarzyńcy są w praktyce daleko lepszymi ludźmi niż formalnie trwający w ortodoksji Rzymianie. Ba, znajduje dla Wandalów czy Gotów znaczne okoliczności łagodzące, licząc na miłosierdzie Boże względem nich – z uwagi na ich ignorancję, częstokroć przecież niezawinioną.

 

O samych Rzymianach, o doktrynalnie prawowiernych chrześcijanach, Salwian na ogół wypowiada się źle, temu zresztą służą jego dzieła:

 

Zatem i dla nas imię chrześcijańskie jest jakby ornamentem. Jeśli używamy tego imienia w sposób niegodny, okazuje się ono ozdobą świń, które przystroiły sobie ryje.

 

(str. 150)

 

Jeżeli więc ktoś chciałby wierzyć w mityczną pierwotną czystość ówczesnych chrześcijan czy większy rygor moralny – to zapewne srodze zawiedzie się po lekturze wywodów Salwiana. Na porządku dziennym jest wykorzystywanie słabszych, posiadanie kochanek, oszustwa finansowe, zemsta, wzajemne spiski i knowania. Przywiązanie do dóbr materialnych przejawia się w skrajnej niechęci posiadaczy do jakiejkolwiek jałmużny, przy równoczesnym koncentrowaniu się na pomnażaniu majątku i przekazywaniu go dalej (kolejnym pokoleniom), co Salwian postrzega jako postawę niezgodną z chrześcijańskim zaufaniem Opatrzności Bożej.

 

Ale jest też i lubieżność, bo rzymcy chrześcijanie nie kwapią się bynajmniej do życia choćby spokojnego i stonowanego, o ascezie nie wspominając. Oczywiście jest tu pewna polaryzacja – z jednej strony mamy pustelników i mnichów, z drugiej zaś rozbuchaną, tonącą w niskich przyjemnościach większą część społeczeństwa, zwłaszcza miejskiego.

 

Możemy dziś utyskiwać na rozerotyzowaną, wulgarną, hedonistyczną, zmysłową popkulturę, na orgiastyczność i transowość muzyki wywodzącej się z rocka i techno, na przesycenie widowisk błazenadą i zgiełkiem – ale nie są to bynajmniej wynalazki czasów współczesnych, nawet jeśli Rzymianie nie posiadali wzmacniaczy i telebimów. Radzili sobie bez tego, a niektóre z ówczesnych igrzysk czy przedstawień teatralnych mogłyby przyprawić o zawstydzenie czy wstrząs nawet współczesnych bywalców parad techno czy rozmaitych gothic-fetish parties.

 

Dość powiedzieć, że kiedy żył Salwian (a było to przecież już po nominalnej chrystianizacji Cesarstwa), wciąż jeszcze rozgrywały się walki gladiatorów na śmierć i życie:

 

10. Mówię najpierw, że nic nie jest tak występne i tak haniebne, jak to, co ma miejsce podczas widowisk. Tam szczytem zmysłowej przyjemności jest oglądać umierających ludzi albo, co jest jeszcze bardziej przykre od oglądania samej śmierci, to patrzeć, jak dzikie zwierzęta ich rozszarpują i napełniają swoje brzuchy ludzkim mięsem, jak wśród radości widzów jedzą ludzi (...)

 

(str. 197)

 

Salwian zwraca też uwagę na wyrafinowanie tych praktyk – oto bowiem dokłada się wielkiej staranności (dziś rzeklibyśmy: profesjonalizmu) przy ich organizacji, a w ramach specjalnych wypraw dociera się do najdzikszych zakątków kraju, by tam złowić pożądane dzikie zwierzęta.

 

Innego typu rozrywki również mają dekadencki, zmysłowy charakter:

 

15. I z pewnością długo można by teraz mówić o wszystkich amfiteatrach, to znaczy o błaznach, uroczystych korowodach, atletach, linoskoczkach, mimach i innych potwornościach, o których mówienie napawa wstrętem, a czymś przykrym jest znajomość tego rodzaju zła. (...) W teatrze (...) żaden z naszych zmysłów nie jest wolny od błędów (...). Wszystko do tego stopnia przesycone jest rozpustą, że zapewne jakakolwiek mowa na ten temat nie może mieć miejsca bez narażenia na szwank poczucia wstydu. 17. Któż bowiem nie zraniłby poczucia skromności, mówiąc o naśladowaniu tych sprośności, o bezwstydnie wykrzykiwanych sowach, o niemoralnych poruszeniach, o wzbudzających niesmak ruchach ciała.

 

W gruncie rzeczy uwagi te moglibyśmy bez większych zmian przenieść na współczesną popkulturę filmową rodem z Hollywood lub też odnieść je do gwiazdek muzyki popularnej (jak Rihanna, Madonna, Beyonce – czy kto akurat jest na topie).

 

Nauki Salwiana pełne są tego rodzaju uwag, które same w sobie nie są może zbyt odkrywcze (zwłaszcza gdy autor powtarza je wiele razy), niemniej dają interesujący obraz ówczesnego społeczeństwa. Społeczeństwa, które traci grunt pod nogami, ulega naporowi barbarzyńców, rozpada się – a jednak nie ustaje w swoich przewrotnościach. Jest coraz uboższe, coraz dalsze od bogactwa czasów świetności Rzymu – a jednak to, co ma, trwoni na prymitywne rozrywki. Jest coraz słabsze, a jednak dobija się samo, na przykład poprzez napędzanie wyzysku słabszych przez klasy wyższe. Barbarzyńcy są już u bram – jako fatum, ale i oczyszczenie.

 

 

Salwian z Marsylii, Dzieła wszystkie, Wydawnictwo UKSW Warszawa 2010.

 

Roch Witczak

czwartek, 23 czerwiec 2016 13:35

Solarny katolicyzm

Ogromnym przekłamaniem, które funkcjonuje w przestrzeni publicznej, jest traktowanie katolicyzmu wyłącznie jako religii ludzi pokornych, słabych, wręcz ofiar losu (w końcu trzeba wiecznie nadstawiać drugi policzek), ludzi bez ojczyzny i własnej tożsamości (wszak "nie ma Żyda ani Greka"). Ostatnimi czasy zauważyć można wzmożenie się krytyki nacjonalistów-katolików przez neopogan, zarzucających nam odpowiedzialność a to za "hańbę Krwi", a to "zdradę Słowiańszczyzny i Wielkiej Lechii".

"Szturm" nie jest pismem sensu stricto religijnym, zawsze uważałem, że co bardziej głębokie przemyślenia dotyczące wiary można znaleźć w typowo katolickich pismach - z drugiej jednak strony nie ukrywaliśmy też nigdy, że zdecydowana większość naszej redakcji poczuwa się do tej religii i choć nie mamy żadnego problemu by współpracować z nacjonalistami wyznającymi inne obrządki bądź inne wyznania, czy wręcz będącymi religijnie obojętnymi, to czymś oczywistym wydaje nam się szacunek dla Kościoła katolickiego chociażby z racji na dziejową rolę, jaką odegrał w historii Polski i Europy. Oczywiście, są osoby, które będą mówiły, że chrześcijaństwo zniszczyło czy to antyczny Rzym, czy plemiona germańskie, czy Wielką Słowiańszczyznę - myślę, że nawet spora część rodzimowierców przyzna, że są to teorie ahistoryczne i nie ma co się nad nimi szczególnie rozwodzić.

Dziś jednak warto pochylić się nad zupełnie innym problemem - czy faktycznie jest tak, że religia katolicka to wiara ludzi słabych i pokornych, religia niewolników? I czy faktycznie powinniśmy tolerować wszystko co złe i dawać sobie pluć w twarz?

***

Jednym z największych świętych Kościoła jest św. Michał, dowódca zastępów niebieskich, archanioł walczący przeciw Szatanowi. Najświętsza Maryja przedstawiana jest zaś jako Królowa, która depcze węża, nieprzyjaciela, ojca kłamstwa i przyczynę upadku ludzkości.

Często zarzuca się środowiskom nacjonalistycznym, że operują językiem nienawiści, że zamiast dialogu operujemy inwektywami, że zamiast - dajmy na to - spokojnie odnieść się do homo-parad wolimy wyzywać uczestników tychże spędów od najgorszych i nie ma to nic wspólnego z duchem Ewangelii. Jest to, oczywiście, typowe demoliberalne zakłamanie, dzisiejszy mainstream bowiem bardzo lubi powoływać się na chrześcijaństwo, ale tylko wtedy, gdy może dostosować je do własnych potrzeb i po odpowiedniej manipulacji odpowiednim fragmentem Pisma Świętego zarzucić naszemu środowisku, że stoimy w sprzeczności z nauczaniem Kościoła.

Osobiście jestem katolikiem - myślę, że wielu spośród Czytelników również. Nie ulega wątpliwości, że od zarania dziejów toczy się o wiele ważniejsza walka niż konflikt narodów, klas, ras czy cywilizacji - największym z konfliktów jest konflikt Dobra i zła, Nieba i piekła, Światłości i ciemności. Naszym obowiązkiem jest troszczyć się o naszą ojczyznę, ale jeśli chcemy dla niej prawdziwej chwały, to będzie nią stanięcie po słusznej stronie w tej najświętszej z walk - wtedy właśnie będzie szczęśliwa i wielka. Nie ma bowiem większej miłości wobec drugiego człowieka (a czym innym jest nacjonalizm jak nie miłością wobec swoich rodaków?) jak troska o jego zbawienie. Nie ma większego zaszczytu niż opowiedzenie się po jasnej stronie mocy. Tak jak, nawiązując do evoliańskiej dychotomii, w konflikcie światów Tradycji i anty-Tradycji powinniśmy bronić tej pierwszej, tak w wojnie Dobra ze złem powinniśmy bronić świętości, a nie plugastwa.

Nie powinniśmy więc krytykować poszczególnych osób za ich grzechy, gdyż każdy z nas jest słaby i popełnia błędy - ale naszym świętym obowiązkiem jest niszczyć grzech. Jak głosi Hymn Młodych "Polsce niesiem odrodzenie, depcząc podłość, fałsz i brud" - nasz kraj, nawet bogaty i szybko się rozwijający, tkwiący w moralnym upadku cały czas będzie miejscem w którym nie chcielibyśmy żyć. Dość wspomnieć, że diabelskim nasieniem jest chociażby skrajny, niczym niepohamowany indywidualizm - o ile bowiem nie ma niczego złego w miłości samego siebie, a takie postacie jak Achilles, Roland czy Renald Chatillon stały się symbolami europejskiego męstwa, waleczności oraz pogoni za chwałą, o tyle odrzucenie jakiegokolwiek solidaryzmu społecznego jest właśnie tym, na czym zależy złemu.

Tym, czym próbuje się nas nie raz atakować, jest współczucie - zarzuca się nam, że powinniśmy współczuć tym, którzy zagubili się w grzechu, którzy zostali nim zniewoleni. Oczywiście, jest to prawda, za takie osoby właśnie należy się modlić i próbować je wyciągnąć z ich upodlenia - ale czy to w jakikolwiek zmienia fakt, że ich czyny są złe, a przyzwyczajenia obrzydliwe? Oglądaliście może słynny horror "Omen"? Gdy Antychryst (uwaga, spoiler!) nie może już w zasadzie w żaden sposób uratować się przed klęską, próbuje zagrać na współczuciu, podobny motyw pojawia się chociażby w "kultowym" filmie "Shrine" (kanadyjskiej produkcji osadzonej... w realiach polskiej prowincji. Ciężko mi powiedzieć, czy "polecam" to dzieło) - wszak zło zdaje się mieć taką niewinną, ludzką, zasługującą na współczucie twarz. Przyzwolenie na zło tymczasem nie ma absolutnie niczego wspólnego z katolicyzmem, tolerancja to herezja a przymykanie oczu na grzech również jest grzechem. Nie mylmy pojęć - módlmy się za grzeszników, ale z grzechem walczymy stanowczo i zdecydowanie, a na każdą próbę promocji zachowań niezgodnych z naszą wiarą odpowiadajmy stanowczo i zdecydowanie. Lewica uwielbia twierdzić jakoby Jan Paweł II "przeprosił za krucjaty i inkwizycję" - jest to absolutna bzdura. Papież-Polak jedynie przyznał, i faktycznie przeprosił, za nadużycia, które pojawiły się w związku z powyższymi. Bądźmy spadkobiercami tego dziedzictwa, brońmy Krzyża przed barbarzyńcami którzy chcą go podeptać.

***

Nie sposób nie dostrzec Piękna katolicyzmu na płaszczyźnie symbolicznej. Nie ma on nic wspólnego z rzekomym egalitaryzmem, wręcz przeciwnie, jest to religia hierarchiczna i zakłada Porządek, zarówno w świecie doczesnym, jak i wiecznym. Czyż bowiem Lucyfer nie był tym, którzy nie chciał służyć? Tym, którzy nie podporządkował się Najwyższemu?

Tradycyjne religie mają mieć charakter solarny, koncentrować się wokół Słońca, siły i mądrości. Czyż nie jest wszechobecnym atrybutem Boga oraz Jego Syna ogień oraz światło? Czy nawet kapłan podnoszący Hostię nie odzwierciedla tym gestem powstającego Słońca? A czy przypadkiem nie słyszymy w Boże Narodzenie, że "na początku było Słowo"? Greckie "Logos"? Wreszcie, czy przypadkiem ci wszyscy, którzy kpią z Boga oddającego z miłości do swego stworzenia życie na Krzyżu nie myślą z szacunkiem o, dajmy na to, Leonidasie i jego trzystu Spartanach, którzy zginęli w obronie swego miasta i swej cywilizacji? Czy wszyscy ci, którzy na przestrzeni dziejów dobrowolnie oddawali życie dla dobra innych, nie spotkali się z naszej strony z kultem i stawianiem na piedestale?

***

Jak to usłyszałem pewnego wieczoru (albo raczej - biorąc pod uwagę ładnych kilka godzin spędzonych nad Wisłą - nad ranem) od kolegi - "katolicyzm to religia dla faceta". W tej prostej myśli zawarte jest więcej, niż byśmy pomyśleli.

Katolicyzm nie rurki z kremem, chciałoby się rzec. Oczywiście, można go traktować po macoszemu, uznać, że wystarczy raz na jakiś czas skoczyć do kościoła i, co do zasady, nie zjeść kebaba w piątek - tylko co to ma wspólnego z naszą wiarą? Ma rację mój redakcyjny kolega, Witek Dobrowolski, pisząc o tym, że muzułmanom nie można odmówić tego, że ortodoksyjnie traktują swoją religię - i to właśnie należy uznać za coś godnego szacunku i naśladowania.

Jeśli założymy więc, że nacjonaliści chcą być awangardą społeczeństwa na każdym możliwym polu - politycznym, społecznym czy kulturalnym - to również i na polu religijnym. Nie można tylko "walczyć z pedałami" i krzyczeć "Wielka Polska katolicka" ale zacząć od samego siebie. To jest właśnie to, o czym pisał Prymas Tysiąclecia, że najważniejsze jest zwycięstwo nad czymś bardzo małym - nad samym sobą. Bierzmy przykład z przedwojennych ONR-owców, którzy byli autentycznymi katolikami, z Jose Antonio który na rozstrzelanie szedł z krzyżem w ręku, z (prawosławnych, co prawda) legionistów Michała Archanioła którzy swoją organizację przemieli na quasi-zakon religijny, a swój nacjonalizm przemienili w szkołę wiary, pełną modlitwy, postu i ufności względem Boga.

Naszym zadaniem powinno być to, o czym mówił przed wojną Degrelle - odmłodzenie katolicyzmu. Nie w duchu "postępu" i modernizmu, przeciwnie - musimy pokazać, że katolicyzm to młodzi ludzie, którzy swą relację z Bogiem chcą oprzeć o piękno dawnych rytuałów i o surową ortodoksję, a nie śmieszne pogrywanie na gitarach. Przyszłością Kościoła są młodzi ludzie gotowi bronić Krzyża i doktryny, a nie ci, którzy najchętniej podjęliby dialog ekumeniczny z satanistami.

Katolicyzm to religia dla faceta, gdyż potrafi uczyć najszlachetniejszych cech charakteru oraz przynieść duchowy oraz nie tylko duchowy rozwój. Post, taka prosta rzecz, odmówienie sobie czegoś smacznego, słodyczy, cukru, alkoholu czy nikotyny, jest nie tylko formą modlitwy ale również pozytywnie wpływa na naszą wolę i organizm. Słyszeliście o nowennie pompejańskiej? Modlitwie polegającej na odmawianiu przez 54 dni, codziennie, całego różańca? Jest to nie tylko, w powszechnej opinii, niezmiernie skuteczna forma rozmowy z Bogiem i nie tylko dowód na ogrom chwały Matki Bożej, ale również swoista szkoła charakteru - naprawdę sądzicie, że odmówienie przez dwa miesiące, codziennie, wszystkich tajemnic różańca jest takie proste? Że nigdy wam nic "nie wypadnie"? Że nie będziecie musieli kombinować w jaki sposób znaleźć te kilkadziesiąt minut w ciągu dnia by w natłoku zajęć znaleźć czas na rozważanie tajemnic radosnych, bolesnych i wreszcie chwalebnych? To wymaga ogromu determinacji oraz samozaparcia, nawet przezwyciężenia tak zwykłej rzeczy, jaką jest lenistwo. Pamiętacie antyklerykalny "Kod Leonarda da Vinci" oraz mnicha Sylasa, którego dowodem na fanatyzm miały być umartwienia takie jak chociażby noszenie włosienicy? Abstrahując od groteskowych form zaprezentowanych przez Dana Browna - jak wiele męstwa trzeba mieć w sobie by podjąć tak radykalną formę modlitwy? Oczywiście, nie jest ona dla każdego i z pewnością osoby z zaburzeniami psychicznymi czy skłonnościami do samookaleczeń powinny jej unikać, jednak w moim odczuciu takie osoby jak św. Franciszek z Asyżu, św. Faustyna Kowalska czy św. Jose Maria Escriva, nie tylko podejmowali wyjątkowy mechanizm walki ze złem, ale również wykazywali się ogromem odwagi świadomie biorąc krzyż, świadomie czyniąc to, przed czym nasz układ nerwowy rozpaczliwie chciałby się bronić.

***

Nasza wiara nie może być pusta, musi być naznaczona miłością do drugiego człowieka - niezmiernie pięknym tekstem poświęconym temu zagadnieniu jest "Deus caritas est" Benedykta XVI. Musimy walczyć w obronie Tradycji, Europy, ojczyzny i narodu - to wszystko są wartości, w których obronie warto oddać życie. Nie wstydźmy się jednak tego, że naszą największą chlubą jest Krzyż - "z Niego moc płynie i męstwo, w Nim jest nasze zwycięstwo".

Michał Szymański

czwartek, 23 czerwiec 2016 13:34

Demoliberalizm jest śmiercią

Demokracja liberalna pomimo swej usilnej propagandy przedstawiającej siebie jako ustrój łagodny i pokojowy - takowym nie jest. Demoliberalizm jest ustrojem totalnym mającym w zamiarze zmiażdżyć inne ustroje i pomysły na tworzenie państwa. Jest także ustrojem agresywnym na polu militarnym. Co udowadnia bardzo często - choć propaganda demoliberalna, która twierdziła, że prowadzi wojny (w razie czego) jedynie daleko od swych granic dziś leży w gruzach. Głupota demoliberalnych polityków chcących wtykać swoje zapyziałe nosy wszędzie doprowadziła do wojny na własnym terenie z niewidzialnym wrogiem. Przez demoliberałów ginie coraz więcej niewinnych ludzi na ulicach własnych miast, funkcjonujących jak dotąd bezpiecznie. Niestety po raz kolejny mieszamy się w to i my. Ale o tym za chwilę.

Nigdy nie wolno nam zapomnieć o zrzucanych bombach podczas wojny bałkańskiej w imieniu nauki o demokracji liberalnej. To sztandarowy przykład jak delikatnym demoliberalizm potrafi być ustrojem. I łaskawym rzecz jasna! Destabilizując bliski wschód, zachód sam na siebie przyniósł ból, którego teraz doświadcza. Ból, który dotknął i tak już rozkładające się społeczeństwa, doprowadził do szoku, ale nie do buntu. Dziesiątki lat wmawiania, że bez liberalnej demokracji dojdzie do powrotu do życia totalitaryzmów - to bzdura, ale jednak bardzo dobrze działająca. Demoliberalizm sam jest totalitaryzmem i tak jak inne tego typu ustroje nie cofa się przed nikim i niczym. Użyje nawet środków przymusu dla tych, którzy do niedawna byli jej zwolennikami, a teraz w pewnych kwestiach ze swym dawnym ustrojem się nie zgadzają. Nie ma buntu, nie ma reakcji. Przez demoliberalizm ludzie giną znienacka, a tych którzy żyją dalej nie stać na nic więcej niż tylko bierne łzy.

Kiedy usłyszałem informację, że polscy żołnierze jadą walczyć z ISIS nie byłem jakoś bardzo zszokowany. Tak naprawdę pytanie bardziej brzmiało: czemu tak późno? Wiedziałem, że prędzej czy później to nastąpi. Zszargany naród oprócz kiepskiej propozycji życia dostaje teraz propozycje terroryzmu. Mogą nam wmawiać, że służby są w stanie gotowości - jednak to nic nie da – a w poszukiwaniu ukrytych bomb wszystkich ludzi na ulicy nie da rady prześwietlić. Nie ma takiej siły żeby temu zapobiec. Nie ma co sobie mydlić oczu - teraz i my będziemy na celowniku. A nie powinniśmy. To nie nasza wojna, którą zakończyć powinny państwa zachodu - to one do niej doprowadziły. Wracając do tego czemu mnie to nie zdziwiło - młodsze demoliberalizmy i ich przedstawiciele lecą do swych starszych braci żeby się wykazać. Co przecież widzimy od 89 roku - że demoliberalni politycy nie umieją wyzbyć się nawyku o dbanie interesów innych państw niż własnego. I to bez względu na to jakimi pięknymi frazesami zasłaniają swoje działania – wciąż zamiast budować własną siłę – żebrzą u obcych. Znamy to już z historii, prawda?

Jednak najbardziej zaskoczyła mnie praktyczne cisza po ogłoszeniu tej decyzji. Podane suche informacje na portalach, brak ożywionej dyskusji, działania. To smutne jak działania demoliberałów spowszedniały – i nie ma na to żadnej odpowiedzi i konkretnych reakcji - jest to niestety oznaką naszej wielkiej słabości. Jak bardzo bez oporu społeczeństwa można pleść bzdury, że Amerykanie nas obronią, że musimy mieć amerykańskie bazy bo inaczej...Tak to już jest, że te większe demoliberalne państwa zawsze będą wciągały w swoje tarapaty te mniejsze, aby przenieść część ciosów i cierpienia na innych. Pamiętacie jakieś korzyści dla nas za udział w wojnie w Iraku czy Afganistanie? Ano właśnie i tym razem zrobimy za frajera.

Demoliberalizm jest dla nas śmiertelny, zabija nas powoli, ale coraz głośniej. Kiedy w Europie zaczęły umierać jakiekolwiek wartości wszyscy się pocieszali, ze nie jest tak źle - uratujemy wszystko. Teraz jest już gorzej, bo przez demoliberalizm na ulicach coraz częściej giną ludzie. I teraz dopiero widać jak bardzo bezbronni jesteśmy. Dziś tak jak dawniej monarchia, demoliberalizm topi się w swej glorii i chwale. Pycha demoliberałów jednak skończy się prędzej czy później - tyrania w Europie zawsze kończyła fatalnie.

Oby jednak ten cały syf padł prędzej, bo może się okazać, że na tych zgliszczach nie ma już za bardzo czego odbudowywać. Niektórzy są w stanie się łudzić, że ta czy inna partia w tym systemie są go w stanie uratować, zrobić coś dobrego. Omijajcie takich ludzi szerokim łukiem – bo Wasza energia pójdzie na marne. Nie da się w tym systemie zrobić czegokolwiek dobrego – on sam w sobie jest złem, tworzonym przez złych ludzi, którzy – kiedy wejdziesz do gry na ich warunkach – nigdy nie pozwolą Ci niczego dobrego zrobić ani zdziałać. Bardzo słabo stoimy wciąż z propagandą przeciwko demokracji liberalnej. A musimy w każdej swojej inicjatywie o tym mówić – nie o jakimś tym mitycznym systemie bez nazwy – ale o demokracji liberalnej, która zabija – zabija człowieka duchowo i prowadzi do jego śmierci fizycznej przez głupotę rządzących. Demoliberalizm jest śmiercią – a nasz kraj, nasza kultura, tradycja chyba nie chcą umierać? Nie możemy się podniecać partiami, które w pewnych sferach grają na naszych hasłach. Nie może też być naszym celem tworzenie demokracji liberalnej i naprawianie tego z założenia złego ustroju. Ile to się nasłuchałem o tworzeniu własnego ustroju – jeżeli ma do tego kiedykolwiek dojść zasada jest jedna: żadnej litości, przywiązania i złudzeń dla demokracji liberalnej – dla niej musi zostać jedynie śmietnik historii. Ratujmy swoje życie!

 

Krzysztof Kubacki

 

 

wtorek, 14 czerwiec 2016 20:38

O wrogach i przyjaciołach Międzymorza

Zgodnie z zapowiedzią publikujemy tekst poświęcony idei Międzymorza
który ukazał się na stronie Pułku Azow. W artykule znajdujemy między
innymi wzmiankę na temat skandalicznego "żartu" z rzezi wołyńskiej,
który w formie memu wypuszczony został do Internetu przez ukraińskich
ultrasów. Nacjonaliści ze wschodu, jak widać, dowiedziawszy się od nas
o całej sytuacji jednoznacznie skrytykowali postawę niektórych ze swych
rodaków. Dziękujemy wam serdecznie, a naszych Czytelników zachęcamy do
refleksji nad tym, kto jest prawdziwym przyjacielem, a kto wrogiem dla
polskiego nacjonalizmu. Będziemy dążyć do współpracy między naszymi
narodami i środowiskami oraz potępiać idiotów, dla których idea
narodowa oznacza jedynie sąsiedzką nienawiść oraz służy za moralne
usprawiedliwienie dla podłości i chamstwa.
"Prawdziwi ukraińscy patrioci, w większości ultrasi, będą gotowi
podjąć odpowiednie środki przeciwko prowokatorom, którzy stawiają
swoje zidiocenie ponad wschodnioeuropejską solidarność oraz starają
się zepsuć plany wzajemnej polsko-ukraińskiej współpracy, które
zaczął wcielać w życie Ruch Azowski."

Tekst oryginalny:

http://reconquista-europe.tumblr.com/post/145852665456/on-the-friends-and-enemies-of-the-intermarium

 Europa Środkowa i Wschodnia już od dawna były gotowe, by dać geopolityczny wyraz własnej wizji “europejskich wartości“, w coraz większym stopniu zaprzeczając eurokratycznym pacyfistom, którzy w równie łatwym stopniu tolerują ruchy LGBT i „uchodźców”, co pro-Putinowskich neobolszewików oraz radykalnych islamistów, którzy umiejętnie skorzystali z załamania się systemu bezpieczeństwa UE. Również USA ucierpiała wczoraj (12 czerwca) w wyniku najkrwawszego masowego morderstwa w swojej najnowszej historii (ponad 50 zabitych i rannych gości gejowskiego baru w Orlando, w ataku dokonanym przez 29-letniego Afgańczyka Omara Mateena).
Bezwarunkowe próby uzyskania przychylności UE, typowe dla ukraińskich władz i dyplomatów, są również zupełnie nielogiczne. Starania o uzyskanie aplauzu tej samej Unii, która zamiast dać Ukrainie przynajmniej wsparcie na gruncie prawnym, otwarcie podważa ukraińskie możliwości obronne poprzez forsowanie defetystycznego „Planu Morela” oraz uprawia społeczne pasożytnictwo ubrane w hasła „gejowskiej dumy”.

Ponadto, zamiast budować mosty z umiarkowanie konserwatywnym polskim rządem, który efektywnie broni się przed politycznymi bałwanami z Brukseli, ambasador Ukrainy w Polsce Andrij Deszczyca , wezwał polskie władze do wsparcia cieszącej się bardzo słabym poparciem wśród Polaków Parady Równości. Wejście w życie ustawy parlamentarnej uznającej 11 lipca za Dzień Pamięci Ludobójstwa na Wołyniu (Narodowy Dzień Pamięci Męczeństwa Kresowian) popełnionego przez jednostki OUN-UPA oraz konieczność przeciwstawienia się kremlowskiej strategii zwalczania budowy Międzymorza, są zdecydowanie mniej istotne w oczach Pana Ambasadora.
http://azov.press/.../ukraina-pol-scha-primirennya-zadlya...

6,5 tys. policjantów chroniło wczoraj (12 czerwca), pierwszą ukraińską „paradę gejowską” (składającą się z 500, przeważnie heteroseksualnych osób), której długość na ulicach Kijowa nie przekroczyła 50 metrów. Dokładnie tego samego dnia pułk AZOW obchodził drugą rocznicę wyzwolenia Mariupola przez swoich żołnierzy, a Ukraiński Korpus Ochotniczy Prawego Sektora czcił pamięć czterech bojowników poległych w walce z putinowskimi najemnikami w Awdijiwce w regionie Donbasu. Wydaje się, że głównym celem władz ukraińskich jest udowodnienie UE, że Ukraina jest gotowa do kapitulacji. Jednakże przeciwstawianie się Międzymorzu przez kremlowskich oraz lewicowo-liberalnych „patriotów” międzynarodowych dotacji i transzy, nie jest jedynym zagrożeniem, jakie stoją na drodze budowy tej geopolitycznej alternatywy. Nastawiona patriotycznie młodzież ukraińska również wywołuje incydenty, które w znacznym stopniu zakłócają proces polsko-ukraińskiego pojednania i współpracy. Jednym z przykładów tego stanu rzeczy może być antypolski żart znaleziony na grupie na portalu VKontakte „Brutalny Futbol”, który zdobył równie dużo „lajków” co negatywnych komentarzy zarówno ze strony Ukraińców jak i Polaków.
„21 czerwca mecz Polska-Ukraina. Dwa tygodnie do rzezi wołyńskiej”, napisali na zdjęciu dwaj ukraińscy rowerzyści. Oczywiście, ktoś mógłby uznać, że admini nie są szowinistami, ale zwyczajnie lubią czarny, mizantropiczny, „brutalny” humor, albo że jest to aluzja do kremlowskiej szczekaczki Cariewa, który nawet nie ma pojęcia, kiedy masakra Wołyńska miała miejsce, ale który zawsze używa tego uniwersalnego argumentu przeciw „ukraińskim nazistom”. Nie ma jednak żadnego dowodu na potwierdzenie tego przypuszczenia i można tylko domniemywać jakie implikacje spowoduje zamieszczenie tego posta. Konsekwencje będą podobne do ulicznej przemocy, jaka miała miejsce podczas niedawnych walk między rosyjskimi a brytyjskimi fanami piłki nożnej. Starcie między polskimi a ukraińskimi ultrasami z powodu tego kiepskiego żartu, może być tragiczne i w tym przypadku pełne wzajemnej wrogości.
http://pikio.pl/ukrainscy-kibice-przed-meczem-z-polska.../

W tym kontekście, nadszedł czas by przypomnieć tym ukraińskim „patriotom”, których świadomość narodowa nie uległa zmianie w ciągu ostatnich dwóch lat, tych wszystkich przedstawicieli sąsiednich narodów, którzy walczą z Ukraińcami ramię w ramię, a którzy są bardziej godni tytułu „obywatela Ukrainy”, niż rodacy, którzy nie tylko nie znaleźli się wśród ochotniczych batalionów, ale którzy utrudniają rozwój międzynarodowego zjednoczenia, z przedstawicielami tych narodów, które okazały swoje wsparcie dla naszej walki! W takich okolicznościach ciężko jest rozpoznać kto jest bardziej szkodliwy dla Międzymorza – brukselskie pacynki, czy nieodpowiedzialni gołosłowni patrioci.
Prawdziwi ukraińscy patrioci, w większości ultrasi, będą gotowi podjąć odpowiednie środki przeciwko prowokatorom, którzy stawiają swoje zidiocenie ponad wschodnioeuropejską solidarność oraz starają się zepsuć plany wzajemnej polsko-ukraińskiej współpracy, które zaczął wcielać w życie Ruch Azowski.

 

Tłumaczenie KSK

Dział: Szturm